Cezary Tarnowski

Wiersze moim wnętrzem

             Traktat podejmuje analizę współczesnej kondycji człowieka jako bycia na powierzchni bytu, rozumianego nie jako utrata głębi ontologicznej, lecz jako utrata pamięci o niej. Dominacja pośpiechu, użyteczności i funkcjonalności prowadzi do redukcji istnienia do wymiaru operacyjnego, w którym sens zostaje zastąpiony skutecznością, a obecność działaniem. Zapomnienie bytu nie ma charakteru negacji, lecz rozproszenia: głębia nie zostaje odrzucona, lecz pozbawiona prawa do obecności w doświadczeniu.

 

 

Prolog. O zapomnieniu, które

 poprzedza myśl.

                    Zanim pojawiło się pytanie o sens, pojawiło się zapomnienie. Nie było ono aktem woli, lecz powolnym odsunięciem spojrzenia od tego, co nie daje się uchwycić natychmiast. Człowiek nie obudził się nagle na powierzchni bytu; raczej zasnął w jego głębi, pozostawiając ją bez straży. To, co najpierw było ciszą, zostało nazwane pustką, a to, co wymagało trwania, uznano za zbędne.

Byt nie objawia się w pośpiechu. Nie poddaje się tym, którzy chcą go posiadać, zmierzyć lub wyczerpać w definicji. Objawia się jedynie tym, którzy potrafią pozostać – bez żądania, bez projektu, bez natychmiastowego sensu. Głębia nie jest ukrytą warstwą rzeczywistości, lecz jej pierwotnym wymiarem, dostępnym tylko tam, gdzie świadomość rezygnuje z dominacji.

Traktat ten nie jest próbą odzyskania utraconej całości ani rekonstrukcją dawnego porządku. Jest raczej zatrzymaniem: gestem sprzeciwu wobec świata, który nie pozwala się zatrzymać. Jego celem nie jest przekonanie, lecz przywołanie pamięci bytu tej, która nie istnieje w archiwach ani pojęciach, lecz w zdolności człowieka do milczenia wobec tego, co go przekracza.

Jeżeli głębia ma się jeszcze odsłonić, nie stanie się to przez dodanie nowej wiedzy, lecz przez zgodę na to, że nie wszystko musi zostać powiedziane. Tam, gdzie kończy się przymus wyjaśniania, zaczyna się możliwość sensu.

 

Traktat o byciu na powierzchni.

 

           Człowiek nie utracił głębi. Utracił pamięć o niej.
Nie dlatego, że byt uległ spłyceniu, lecz dlatego, że sposób jego przeżywania został zredukowany do tego, co jawne, szybkie i policzalne. Głębia, rozumiana jako wymiar, w którym istnienie odsłania swój sens nie przestała być obecna; została jedynie pozbawiona prawa do obecności. To, co nie narzuca się świadomości, co nie krzyczy i nie domaga się natychmiastowej reakcji, zostało uznane za nieistniejące lub nieistotne.

Istnienie człowieka od początku było ruchem pomiędzy powierzchnią a wnętrzem, pomiędzy tym, co się ukazuje, a tym, co się odsłania jedynie w ciszy. Człowiek jest bytem, który nie tylko jest, lecz także wie, że jest a ta wiedza rodzi się nie w działaniu, lecz w zatrzymaniu. Gdy jednak zatrzymanie zostaje uznane za błąd, a cisza za brak, świadomość traci zdolność rozróżniania pomiędzy byciem a funkcjonowaniem. Człowiek nie przestaje istnieć; zaczyna jedynie istnieć bez siebie.

Bycie zostaje wówczas podporządkowane użyteczności. To, co istnieje, musi się usprawiedliwić przez efekt. Sens zostaje zastąpiony funkcją, a prawda, skutecznością. Lecz funkcja nie jest kategorią ontologiczną; jest jedynie narzędziem. Gdy narzędzie zajmuje miejsce sensu, byt ulega zapomnieniu. Człowiek przestaje pytać dlaczego jest, a zadowala się pytaniem jak działać, tracąc tym samym dostęp do własnej wewnętrznej miary.

Szarość świata nie jest brakiem światła, lecz brakiem zdolności widzenia. Światło nie znika, znika spojrzenie, które potrafi je przyjąć. Widzenie metafizyczne nie polega na rejestracji bodźców, lecz na gotowości, by pozwolić rzeczom być tym, czym są. Tymczasem świadomość, rozszarpana przez nieustanny ruch, nie zatrzymuje się wystarczająco długo, by cokolwiek mogło się odsłonić. Człowiek patrzy, ale nie spotyka; słucha, ale nie słyszy; trwa, ale nie uczestniczy.

Relacja z drugim bytem ludzkim jest pierwotnym miejscem objawiania się sensu. Drugi nie jest dodatkiem do mojego istnienia, lecz jego potwierdzeniem. Gdy jednak relacja zostaje zredukowana do funkcji, drugi przestaje być Ty, a staje się tym, co użyteczne. W takiej przestrzeni miłość nie może się wydarzyć, ponieważ miłość jest aktem ontologicznym: uznaniem drugiego jako wartości niepochodnej, nieprzeliczalnej i nieinstrumentalnej. Gdzie dominuje kalkulacja, tam byt zostaje uprzedmiotowiony, a spotkanie zamienia się w wymianę.

Brak czasu, na który powołuje się współczesny człowiek, nie jest brakiem godzin, lecz brakiem zgody na bycie. Czas metafizyczny nie jest ilością, lecz jakością obecności. Można posiadać całe dni i nie być ani przez chwilę obecnym. Cisza, przestrzeń, w której byt przemawia została uznana za pustkę, ponieważ odsłania pytania, przed którymi świadomość pragnie uciec. Hałas nie jest więc przypadkiem; jest strategią zapomnienia.

Duchowość nie ginie przez negację, lecz przez rozproszenie. Nie zostaje odrzucona, lecz rozmyta w nadmiarze. Gdy wszystko jest ważne natychmiast, nic nie jest ważne naprawdę. Duchowość wymaga hierarchii, a hierarchia uznania, że istnieje to, co wyższe i niższe, głębsze i płytsze. Bez tego rozróżnienia człowiek traci orientację w bycie i zaczyna poruszać się po jego powierzchni, nie wiedząc już, że istniał inny wymiar.

A jednak głębia nie przestała wołać. Objawia się w niepokoju, który nie ma imienia, w zmęczeniu, które nie ustępuje odpoczynkowi, w pustce, której nie wypełnia żaden nadmiar. Jest to pamięć bytu o samym sobie, domagająca się uznania. Głębia nie jest dodatkiem do życia; jest jego warunkiem. Bez niej istnienie traci ciężar, a człowiek, prawdę o sobie.

Powrót do głębi nie jest ruchem wstecz, lecz aktem ontologicznej odwagi. Jest zgodą na to, by nie wszystko było natychmiast zrozumiałe, użyteczne i nazwane. Jest ponownym przyjęciem ciszy jako miejsca objawienia, a nie braku. Dopóki człowiek jest zdolny do pytania o sens własnego istnienia, dopóty byt nie jest zamknięty. Głębia pozostaje możliwa nie jako idea, lecz jako sposób bycia w prawdzie.

 

Epilog. O możliwości powrotu.

              Powrót do głębi nie oznacza znalezienia miejsca, lecz odzyskanie sposobu bycia. Głębia nie znajduje się „pod” powierzchnią, jak warstwa, do której można się dokopać; jest raczej wymiarem, który uobecnia się wszędzie tam, gdzie człowiek przestaje uciekać przed sobą. Nie wymaga zmiany świata, lecz przemiany spojrzenia.

Byt nie domaga się hałaśliwego wyznania ani spektakularnego gestu. Wystarcza mu obecność: taka, która nie szuka natychmiastowego zwrotu, nagrody ani potwierdzenia. W tej obecności człowiek przestaje być funkcją, a zaczyna być miejscem, przestrzenią, w której sens może się wydarzyć.

Nie ma gwarancji, że głębia przyniesie ukojenie. Często przynosi niepokój, ponieważ odsłania to, co zostało wyparte przez powierzchnię: pytanie o prawdę istnienia, o relację z drugim, o granicę między tym, co żywe, a tym, co jedynie działa. Lecz tylko ten niepokój jest twórczy. Reszta jest ciszą pozorną, kupioną za cenę zapomnienia.

Dopóki człowiek zdolny jest do zatrzymania się bez alibi, dopóty byt nie został ostatecznie spłycony. Głębia nie potrzebuje obrony; potrzebuje świadków. A świadectwem nie jest słowo, lecz sposób życia, w którym powierzchnia przestaje być ostatnim horyzontem.

Ten traktat nie kończy się więc wnioskiem, lecz wezwaniem nie do działania, lecz do czuwania. Bo tylko ten, kto czuwa, może jeszcze usłyszeć, że byt wciąż mówi.