Cezary Tarnowski

Wiersze moim wnętrzem

Łączy nas świat wierszy...

Świat widziany, niewidzialny, duchowo prowadzony przez życie, czas codzienności. Piszę jako schronienie, jako sposób na dialog z tym, co niewidzialne, a jednak stale obecne, czuję to jako potężną ideę.

Wiele osób odkrywa, że przelewanie myśli na papier lub ekran pomaga uporządkować wewnętrzny świat i znaleźć spokój w chaosie codzienności. To jak kotwica dla duszy.

 

 

 

 

                         Dziś zrozumiałem, że moje istnienie nie jest wielkim gmachem, lecz kruchym punktem styku między tym, co widzę, a tym, co przeczuwam. Idę przed siebie, a pod stopami czuję każdy nierówny kamień. Moja kamienna droga nie jest metaforą z książek, to realny ból w kostkach i kurz osiadający na ubraniu. Prowadzi mnie ona obok upadającej chałupy, której spróchniałe belki zdają się szeptać o wszystkim, co minęło. Obok, w chaszczach, leży zmęczony pies, patrzy na mnie mętnym wzrokiem, w którym nie ma już buntu, jest tylko cicha akceptacja losu. W tym spojrzeniu odnalazłem swój własny smutek.

Zatrzymałem się. Niebo zaczęły zasnuwać ciemne chmury, ciężkie od niewypowiedzianych słów. Poczułem na policzku łzy, które nie wynikały z konkretnego nieszczęścia, ale z nagłego poczucia bycia częścią tej wielkiej, przemijającej całości.

 

Czy to właśnie jest droga?

To godzenie się na rozpad?

 

                      Nagle poczułem lekki wiatr. Przyniósł ze sobą szelest chwili, ten specyficzny dźwięk drżących liści, który przypomina, że życie dzieje się tylko teraz, w tym ułamku sekundy, zanim zgaśnie. Spojrzałem na horyzont. Trwał właśnie zachód słońca, krwawy i gwałtowny, rzucający na ziemię skomplikowany taniec cieni. W tym półmroku wszystko stało się niejasne, migotliwe.

Ale wtedy to przyszło. Krótki moment, zaledwie przebłyski czegoś większego. Między chmurami, w tej szarej godzinie, uderzyła mnie czysta Światłość. Nie oślepiła mnie, ale pozwoliła zobaczyć sens w ruinie chałupy i w zmęczeniu starego psa. Zrozumiałem, że te wszystkie cienie są tylko dlatego, że gdzieś za mną płonie ogień, którego nie potrafię jeszcze nazwać.

Nie szukam już odpowiedzi w grubych księgach. Szukam ich w tym, co nietrwałe. Może cała prawda o świecie kryje się właśnie w tym, by iść dalej, mimo że chałupa upada, a słońce zachodzi. Bo póki czuję ten szelest, póki potrafię płakać … jestem.